Pan Śmieciolub

Droga2.1-FBLQ.jpg

Szedł pewien Pan ścieżką przyrody,
Nie był on stary i nie był już młody.
Szedł i podziwiał piękno natury,
Podziwiał strumyki, polany i góry.
Podziwiał zapach – powietrze świeże,
Pasące się krówki – przemykające jeże.
Wspaniałe wakacje dla całej rodziny,
Witały ich góry, witały doliny.

Pan ten zmęczony, spragniony wielce,
Butelkę wody wypił naprędce.
Och jak ciążyła mu ta butelka!
Zgubił ją więc jak Kopciuszek pantofelka.
Tak od niechcenia, trochę przypadkiem,
Rzucił ten balast całkiem ukradkiem.
Zadowolony ruszył śmiało dalej,
Podziwiać góry, podziwiać Podhale.

Niedługo po tym, piękna jego żona,
Poczuła się głodna, zjadła batona.
Papierek mały, nieszkodliwy,
Rzuciła lekko rączką pięknej niwy.
Po małej przekąsce przyszło pragnienie,
Och jak cudownie mieć puszkę w terenie!
Puszeczka mała, gdzieś się zapomniała,
Została na łące, by radość innym dawała.

Syn ich najstarszy bał się utraty masy,
Zawsze miał chipsy jako żelazne zapasy.
Wzorem rodziców opakowania gubił,
Toć wiadomo, że śmieci nikt nie lubi.
Było to poniżej jego młodzieńczego honoru,
Trzymać odpady w plecaku,
Kiedy pochodzi się z dworu.

Posiadał jeszcze brata młodszego,
Ten to był smarkacz drogi kolego.
Gluty leciały mu bez opamiętania,
Istny żywioł, siła nie do powstrzymania.
Jedna za drugą chusteczki leciały,
Wszystkie pod nogi z prędkością strzały.
Kto by się parał ich magazynowaniem,
To nic takiego, nic się nie stanie.

Na swojej drodze spotkali i jego,
Człowieka z workami – jakby sprzątającego.
Dziwne to dla nich było niezmiernie,
Chodzi po szlaku i syf zbiera niemiłosiernie.
Tylko po co to robi, czy mu się chce?
Odpowiedział przez nich zapytany:
Zamiast przez śmietnik, wolę chodzić przez polany.